— Widać już ją odeszło — mówiła kobieta — ale tak się tarzała, powiadam ci, jak ty wczoraj.
Ślimak obejrzał krowę uważnie, dotknął jej grzbietu i pokręcił głową. Domyślił się, że żona chciała go tym figlem odciągnąć od Jędrka. Ponieważ jednak chłopiec wymknął się już z chaty, a i ojca złość odeszła, więc skończyło się na niczym, jak zwykle w podobnych wypadkach.
V
Był lipiec. Dziedzic z dziedziczką od dawna wyjechali za granicę; we wsi o nich zapomniano i nawet nowa wełna zaczęła porastać na ostrzyżonych owcach.
Słońce tak grzało, że chmury uciekły z nieba gdzieś do lasów, a ziemia zasłaniała się od gorąca, czym mogła: na gościńcach kurzem, na łąkach potrawem, na polach gęstym urodzajem.
Dla ludzi był to początek największej pracy. We dworze już skosili koniczynę i rzepik, przy chatach gospodynie i dziewuchy obsypywały buraki i kartofle, a stare kobiety zbierały ślaz na poty, kwiat lipowy na gorączkę i włosy Panny Marii na boleści. Proboszcz z wikarym całymi dniami śledzili i chwytali pszczelne roje, a Josel karczmarz fabrykował ocet. W lesie rozlegały się nawoływania dzieci zbierających jagody.
Tymczasem dochodziły54 zboża i Ślimak nazajutrz po Matce Boskiej Szkaplerznej55 wziął się do zżęcia żyta. Krótka była to robota, na trzy dni albo i na dwa dni; lecz chłop śpieszył się, raz dlatego, aby nie wykruszyło się zbyt suche ziarno, a po drugie, aby mógł wyjść na żniwo do dworu.
Zwykle pracowali we trzech: Ślimak, Owczarz i Jędrek, na przemian żnąc i wiążąc snopki; gospodyni zaś i Magda pomagały im z rana i po obiedzie.
Pierwszego dnia, w czasie południowej roboty, kiedy w pięcioro (bo tym razem były i kobiety) żnąc, dosięgli szczytu wzgórza, Magda spostrzegła pod lasem kilka ludzkich sylwetek i powiedziała o tym gospodyni. Wszyscy obejrzeli się w tamtą stronę i poczęli robić uwagi.
— To jakieś chłopy — rzekł Owczarz — bo białe.