— Z jakimi pieniądzmi?

— Jużeście zapomnieli... Przecie od Bożego Narodzenia winniście mi siedem złotych.

— Słyszeliśta!... — oburzył się Owczarz. — Niechże ludzie z całej wsi powiedzą, że mi nigdy nie borgujecie, a kiedy piję, to muszę płacić gotówką.

— To jest prawda — odparł szynkarz. — Ale na Boże Narodzenie jakeś się, Maćku, upił, toś mnie tak ściskał, tak całował, że musiałem ci dać na kredyt wódki i piwa, i araku, i jeszcze obwarzanków.

— A świadków masz? — krzyknął ostro Maciek. — Bo ja ci mówię, że mnie chcesz okpić...

Szynkarz chwilę pomyślał.

— Świadków — rzekł — to ja nie mam i dlategom ciebie do tej pory nie zaczepiał o pieniądze. Ale jak mi przysięgniesz tu, w oczy, przy ludziach, żeś mnie wtedy nie całował i nie prosił o kredyt, to — ja tobie daruję moje siedem złotych. Wstyd — dodał szynkarz spluwając — żeby parobek od takiego porządnego gospodarza zarywał biednych Żydków!... Ja wam, Owczarzu, daruję, ale od tej pory nigdy nie wstępujcie do mojej karczmy, bo ja muszę wstydzić się za was.

Parobek zachwiał się. A może on naprawdę winien siedem złotych?...

— No — rzekł — kiedy tak gadacie, to ja wam oddam. Ino bójcie się, żeby was Pan Bóg nie pokarał za moją krzywdę.

W duszy jednak wątpił, czy Pan Bóg za takiego jak on biedaka zechce karać taką wielką osobę jak szynkarz.