— Co masz z głupią gadać!... Siadajcie do wieczerzy — odezwała się gospodyni i z gniewem pochwyciła garnczek z ognia.
Skutkiem gwałtownego ruchu głownie rozsypały się po całym kominie, a jedna upadła na ziemię, aż do bosych nóg Zośki.
— Pali się!... pali się!... pali się!... — krzyknęła Zośka, odskakując do drzwi. — Spali się chałupa, spali się stodoła, wszystko!... Ale Zośka ucieknie w jednej koszuli i... będzie w jednej chodziła do samej śmierci...
Jak pijana rzuciła się do drzwi, zatoczyła do sieni, potem na podwórko powtarzając: „Pali się!... pali się!...”. Krzyk jej słychać było za oknem, potem w ogródku, potem na gościńcu. Wreszcie umilkł, zagłuszony szelestem deszczu. W chacie na ziemi zostało dziecko, chude i ciche.
— Gońcież ją! — krzyknęła z pasją Ślimakowa. — Biegaj, Maćku...
Ale Maciek nie ruszył się z miejsca, natomiast odezwał się Ślimak:
— Co ty gadasz, kto opętaną będzie gonił po nocy? Chyba, żeby mu diabeł łeb urwał?
— Udaje opętaną, żeby dzieci podrzucać — warknęła gospodyni.
— Co ma udawać? Sama przecie pamiętasz, jaka była u nas, że się jej w głowie psowało za każdą odmianą księżyca. Teraz jest jeszcze głupszą od czasu, jak się paliło u Skrzypa.
— A ona ogień podłożyła.