Ślimak machnął ręką.
— Kto to widział! Ludzie wszystko składają na głupich, a bez ten czas źli broją.
— No, a co zrobisz z bachorem?... — wybuchnęła gospodyni. — Cóż ty myślisz, że ja może będę karmić taką znajdę?
— Przecie nie wyrzucisz jej za płot. Wreszcie nie bój się, Zośka przyjdzie po nią, nie dziś, to jutro.
— Jak nie przyjdzie, to znajdę odwieziesz do gminy. Ale ja nie chcę w izbie takiego dziecka, nawet na jedną noc — mówiła z gniewem gospodyni.
— Więc co poczniesz? — oburzył się Ślimak.
— Ja ją wezmę do stajni — szepnął Owczarz.
Zbliżył się do progu, niezgrabnie podniósł dziecko z ziemi i usiadłszy z nim w kącie, na ławie, począł je okrywać i huśtać. W izbie zrobiło się cicho; potem z ciemniejszej jej połowy wynurzyła się Magda, Jędrek i Stasiek i otoczyli Owczarza, przypatrując się maleństwu.
— Takie suche jak wiór — szepnęła Magda.
— Ani się ruszy, ino patrzy — dodał Jędrek.