— Do pasania bydła... — mruknął Leśkiewicz.
— Tak... Ale za to miał wielkie zdolności do rzeźbiarstwa i robót mechanicznych...
— Na przykład do otwierania cudzych zamków — wtrącił półgłosem Leśkiewicz.
— Popiel tedy — mówił dalej Łukaszewski — zajął się chłopcem, nauczył go czytać, pisać i rachować... A kiedy teraz oto, w czasie wakacji, wziął go przy nas na egzamin, panna Maria Ciechońska była tak zachwycona jego postępami, że... postanowiłem go wziąć do Warszawy i kształcić dalej...
— Co znowu za panna Maria?... — spytał zdziwiony Kwieciński.
— Albo co nas obchodzi jakaś tam panna Ciechońska? — dorzucił Leśkiewicz.
Łukaszewski przez chwilę siedział ze spuszczoną głową, widocznie zakłopotany. Nagle zerwał się z krzesła i zawołał grzmiącym głosem:
— Ech!... Co ja z wami będę gadał o rzeczach, na których się nie znacie...
— Na pannach Mariach znamy się — wtrącił Kwieciński. Łukaszewski błysnął oczyma.
— No, no... Niezapominajko, tylko bez kpin... Panny Marii możemy nie dotykać...