Na te słowa Leśkiewicz spochmurniał. Włożył ręce w kieszenie, i odwróciwszy się od kolegi, zwanego Łukaszem, odparł:

— Trzeba być osłem, ażeby nie poznać, że to jest styl Ludwika...

— Którego Ludwika?... zdziwił się Łukaszewski.

— Tego, który był markierem15 u Loursa — szybko wtrącił Gromadzki.

Leśkiewicz na znak pogardy zwinął usta w rurkę i mimo woli wziął się za puls. A ponieważ zdawało mu się, że puls uderza za prędko, więc postanowił już nie brać udziału w rozmowie.

— Powiedzże nareszcie o tym Wałku — rzekł Gromadzki, mocno zadowolony z konsternacji Leśkiewicza.

Łukaszewski zamyślił się, jakby układając plan mowy; usiadł na krześle, spuścił oczy i zaczął:

— Wiecie, że „Popiel” jest na guwernerce w Miętuszynie.

„Popielem”, na cześć wielkiego baletmistrza teatrów, przezywano pewnego kandydata matematyki, który w ciągu trzydziestu praktycznych wykładów nie mógł nauczyć się kontredansa16, skutkiem czego musiał porzucić zbiorowe lekcje tańca.

— Otóż Popiel — ciągnął Łukaszewski — spotkał tam chłopca, właśnie Walka, którego wszyscy bili, ponieważ był niezdatny do robót wiejskich.