I pędem wybiegł za drzwi, a potem ze schodów, aż dudniło.
— Myślę — rzekł Leśkiewicz, wskazując na Walka — że ten młody uczeń nieprędko będzie miał garnitur, nawet z Pociejowa.
— Może byśmy poszli co zjeść — wtrącił Łukaszewski. — W pół do pierwszej... Nic w ustach nie mieliśmy... Czyś i ty głodny?... — spytał Walka.
— Głodny, panie — odpowiedział Wałek.
— Roztropne chłopię i śmiałe — zauważył Kwieciński.
— A nade wszystko obdarte — mruknął Leśkiewicz, brzydko patrząc na chłopca, który swoją drogą już zaczął mu się podobać.
— No, Śledziu, ubieraj się... Gromada, idziesz z nami? — mówił Łukaszewski.
— Mam dziś prywatny obiad — odparł z nienaturalnym ożywieniem Gromadzki i znowu zabrał się do pisania.
Tymczasem Leśkiewicz zdjął marynarkę, potrzymał ją przez chwilę za kołnierz i nagle rzekł do chłopca.
— Włóż-no to... Nie tak, ośle, nie w ten rękaw... O tak... Phi, jak ta bestia wygląda!... Gdyby nie oberwane nogawice, można by go wziąć za hrabiątko...