Ubrany, niby w worek, w marynarkę Leśkiewicza, chłopak z dumą spoglądał na jej długie rękawy i mocno odstający przód.

— Portki, jak morowe powietrze — wtrącił zamyślony Łukaszewski.

— Czekajcie — No!... — wykrzyknął Kwieciński.

Z łoskotem otworzył szafę, zniknął w niej i po chwili wydobył stamtąd popielaty strój, który stanowił chlubę rodu męskiego, a przedmiot nigdy nie gasnącej zazdrości kobiet.

— Próbuj... Przymierz!... — nalegał na chłopca, którego piegowata twarz zajaśniała uśmiechem.

Mierzenie spodni z dużego mężczyzny przez małego mężczyznę zwróciło uwagę wszystkich panów. Nawet Gromadzki wstał od przepisywania i z miną człowieka, który głębiej zna kwestię, zaczął robić spostrzeżenia, odznaczające się trafnością.

— Za długie — mówił — na ćwierć łokcia... O!... Za szerokie na dłoń...

— To musi zobaczyć krawiec... — wtrącił Łukaszewski.

— Po co krawiec?... — oburzył się Gromadzki. — Nogawice trzeba uciąć o tyle... O!... Z tyłu wyciąć klin, o taki... O!... Paski przesunąć, jeden tu, drugi tu... i wszędzie pozszywać podwójną nitką. Bo to przecie młody chłopak; żelazo by na nim pękło, a nie dopiero pojedyncza nitka... Ale Barbara może to zrobi bez krawca.

— Barbara!... — wrzasnął Kwieciński, chwytając dzwonek i biegnąc do okna. — Barbara!...