— Mama poszła na miasto — odpowiedział za oknem cienki głosik, jak ze studni.

— Słuchaj, Gromada, długo tu jeszcze zostaniesz? — spytał Łukaszewski.

— Do trzeciej... Proszony obiad mam o trzeciej... w prywatnym domu.

— Będzie używał — rzekł Kwieciński.

— Jak na kartoflisku — mruknął Leśkiewicz.

— Więc zrobimy tak — mówił Łukaszewski. — Ja ci, Gromada, zostawię czterdzieści groszy, a ty zawołaj babę, daj jej to tymczasem i opowiedz, co ma zrobić ze spodniami. Możesz także wspomnieć o tej podwójnej nitce, bo to dobra myśl; ale nade wszystko daj niewolnicy w zęby, ażeby wzięła się zaraz. Pewnie dziś pojedziemy z chłopcem do teatru, więc musi być spreparowany jak na ostateczny egzamin. Masz tu spodnie, masz czterdziestówkę, a morduj babę, ażeby skończyła przed wieczorem.

— Za pozwoleniem!... — rzekł pochmurny Leśkiewicz.

Spostrzegłszy, że czterdziestówka jest nowa, zabrał ją ze stołu, a położył czterdziestówkę z dziurką.

— Na zadatek i taka wystarczy — dodał.

— A teraz w drogę — rzekł Łukaszewski, widząc, że dwaj koledzy już stoją w czapkach. — Wiesz, dokąd idziemy? — spytał chłopca. — Na obiad do restauracji... Bądź zdrów, Gromada; a jak ci dadzą co dobrego, myśl o nas, jedząc.