I wyszli, a między nimi chłopak, w którego niekulturalnym umyśle wyraz „restauracja” przemienił się w „resztancję” i wywołał wspomnienie gminnego aresztu, gdzie dorośli za karę odsiadywali po kilka dni, a małoletnich wójt załatwiał w ciągu kilkunastu minut, ale także przy drzwiach zamkniętych.
Na dziedzińcu gromadka studentów zetknęła się z posłańcem, który przypatrzywszy się im, wydobył z torby list i podał go Łukaszewskiemu, mówiąc:
— Pan Kwieciński...
Łukaszewski w pierwszej chwili doznał pełnego słodyczy zakłopotania, jakby go oblano ciepłą wodą. Lecz gdy usłyszał nazwisko kolegi, a tym bardziej, gdy na kopercie przeczytał jego adres, zrobił minę kwaśną i, niedbale oddając list właścicielowi, rzekł:
— To do ciebie, Niezapominajko.
Kwieciński zdawał się być przerażony. Szeroko otwartymi oczyma przebiegł list, zmiął go i mruknął:
— A bodaj te baby choro...
— Cóż to?... Teklunia? — spytał Leśkiewicz, nie mogąc powstrzymać się od mimowolnego mrugania powiekami.
— Walerka! — mruknął Kwieciński.
— Słyszałeś?... — zdziwił się Łukaszewski, patrząc na Leśkiewicza. — Takie ma szczęście i jeszcze zły...