— Dzień dobry!... Moje uszanowanie!... Ach, i pan Łukaszewski przyjechał?... — mówiło dziewczę, wciąż chichocąc. — Myślałam, że panowie siądą, jak zwykle, u Elżbietki... Ale widać straciła już łaski...
Leśkiewicz patrzał na nią spod oka i, zmiarkowawszy, że wobec ogółu zalet dziewicy można nie myśleć o jej zębach, wziął ją za rękę. Dziewczę nie broniło się, tylko, dla kompensaty, oparło drugą rękę na ramieniu Łukaszewskiego, a biustem dotknęło głowy Kwiecińskiego, który zawsze miał najwięcej szczęścia do kobiet.
— A to co za indywiduum? — spytała panienka, wskazując brodą w kierunku Walka.
— Nasz syn — odparł Leśkiewicz i tkliwie uścisnął ją bliżej łokcia.
— Chi... Chi... Chi!... nigdy nie uwierzę, ażeby pan Kwieciński miał tak brzydkiego syna.
Chwilowe ożywienie Leśkiewicza zgasło, jak zdmuchnięta świeca. Odepchnął rękę niewdzięcznej, spochmurniał jeszcze bardziej i zaczął z cicha gwizdać, jakby drwił z Kwiecińskiego, że ma powodzenie u kobiet ze spróchniałymi szczękami.
Ale Kwieciński, zwany także Niezapominajką, okazał się obojętny na wyróżnienie go z pośród kolegów. Poruszył się tak niecierpliwie, że dziewczę w różowej sukni musiało się cofnąć, i rzekł twardym głosem:
— Co jest na obiad?
— Ja panom poradzę, co mają wybrać: barszcz z uszkami...
— Barszcz — odparł Łukaszewski. I dla małego barszcz.