—„Pij-no, Kasperek! — mówił ktoś grubym ochrypłym głosem. — Tak się delikatnie bierzesz do szkła, jakbyś był z rysztokracji.
—„Ignaś! Ignasiu! Nie przymuszaj nikogo, bo to niepięknie.”
„Inny nie ma takiej głowy, jak ty, a po drugie wódka przecież nie twoja...” — odezwał się głos kobiecy.
—„Wszystko moje, co w brzuchu!...” — wykrzyknął pierwszy, a potem zaśpiewał:
”Jakże ja se gorzaliny w gębę naleje, To aże mi, panie tego, oczko zbieleje!”
Huczny śmiech stał się nagrodą mniej trzeźwego, niż wesołego śpiewaka.
Pchnąłem drzwi boczne i wszedłem do trupiarni.
Przybita do ściany, kopciła się tutaj lampka nafciana, której zapomniano zagasić. Przy jej niepewnym światełku dostrzegłem kilka tapczanów, na których owinięci w białe prześcieradła spoczywali umarli.
Choć drzwi i okna okryte były szronem, z sufitu jednak spływały duże krople wilgoci. Zdawało się, że to są łzy, które nad ludzką nędzą wylewa ten dom okrutny.
Trupy leżały, jak los zdarzył. Na ramieniu jakiegoś silnego mężczyzny z wyszczerzonymi zębami opierała się głowa dziecka, niby pogrążonego we śnie głębokim. Za nimi, na prawym boku, spoczywał jakiś młody blondyn, z rękami skurczonymi tak, jakby chciał okręcić się całunem i w ten sposób zabezpieczyć od przejmującego zimna...