— Cóż to, deszcz padał, że papa masz spodnie u dołu zawinięte?

Ojciec spojrzał na spodnie.

— Jak ten wariat wszystko zaraz musi zobaczyć — rzekł. — Ha, ha! No, jak się ty masz?... Johann! śniadanie!...

Zdjął z syna płaszczyk i torbę podróżną i podał mu rękę jak damie. Wchodząc do przedpokoju jeszcze raz rzucił okiem na dziedziniec i spytał:

— Cóż to, bryczka pusta?... Dlaczego nie odebrałeś rzeczy ze stacji?...

— Rzeczy? — odparł Ferdynand. — Papa myślisz, żem się ożenił i wożę ze sobą kufry, kosze i pudełka?... Moje rzeczy mieszczą się w ręcznej walizce. Dwie koszule: kolorowa do podróży i biała do salonu, garnitur frakowy, neseserka29, krawat i kilka par rękawiczek — oto wszystko.

Mówił żywo, głośno, ze śmiechem. Uścisnął kilka razy ojca za rękę i dalej ciągnął:

— Jakże się papa miewasz?... Co tu słychać?... Mówiono mi, że papa robisz świetne interesy na swoich perkalikach i barchanach30? Ale siadajmy!

Zjedli śniadanie prędko, trącili się kieliszkami, a następnie przeszli do gabinetu ojca.

— Muszę tu zaprowadzić francuski tryb życia, a nade wszystko francuską kuchnię — mówił Ferdynand, zapalając cygaro.