Uwaga ta w okamgnieniu oddziałała na Adlera. Starzec otworzył szeroko oczy i upadł na krzesło.
— Co ty mówisz, ale Marcinie? — zapytał stłumionym głosem. — Johann! Karafkę wody...
Johann przyniósł wodę, a fabrykant wypił ją chciwie i stopniowo począł się uspakajać. Już nie kazał sprowadzać Ferdynanda.
— Tak! Ten wariat mógłby to zrobić — szepnął tkacz i zgnębiony spuścił głowę na piersi.
Olbrzymi i energiczny starzec jasno zrozumiał w tej chwili, że syn jest na złej drodze, z której należałoby go sprowadzić. Ale w jaki sposób? — Nie wiedział.
Pastor spostrzegł, że wybiła godzina, w której upomnienia jego mogą wywrzeć stanowczy wpływ na postępowanie fabrykanta z synem, a więc i na poprawę lekkomyślnego młodzieńca. W jednej chwili przy pomocy właściwych mu szybkich kombinacji ułożył stosowną mowę, wezwał Boga na pomoc i...
Wsadził prędko rękę do lewej kieszeni spodni, a drugą ręką pomacał prawą kieszeń... Potem zaczął rewidować tylne kieszenie surduta, następnie — boczną zewnętrzną, boczną wewnętrzną... Nareszcie zaczął kręcić się niespokojnie.
— Czego ty chcesz, Marcinie? — spytał Adler, zauważywszy skomplikowane ruchy pastora.
— Znowu gdzieś zgubiłem okulary! — szepnął zgryziony Böhme.
— Okulary masz przecie na czole...