— Prawda! — krzyknął pastor, chwytając oburącz cenne narzędzie optyczne. — Co za roztargnienie!... jakie śmieszne roztargnienie!...
Zdjął z czoła okulary i wydobył żółtą fularową36 chustkę, aby wytrzeć zapocone szkła.
Jednocześnie wszedł buchalter37 fabryki z depeszą, którą odczytawszy, Adler zawiadomił przyjaciela, że musi go zostawić i odejść do kancelarii dla wydania niecierpiących zwłoki rozporządzeń. Prosił go przy tym, aby został na obiedzie. Ale Böhme także miał obowiązki, więc wyjechał, nie nauczywszy starego fabrykanta, jak winien postępować z synem w celu naprowadzenia go na drogę poczciwego i chrześcijańskiego żywota.
Późno wieczorem wrócił Ferdynand do domu w brylantowym humorze. Szukając po pokojach ojca zostawiał wszystkie drzwi otwarte, uderzał do taktu laską w stoły i krzesła jak w bęben i śpiewał mocnym, lecz fałszywym barytonem:
Allons enfants de la patrie,
Le jour de la gloire est arrivé38...
Doszedł do gabinetu i stanął przed ojcem w czapce szkockiej osadzonej trochę na tył głowy, trochę na bakier, w rozpiętej kamizelce, spocony i ziejący winem. W oczach paliły mu się iskry wesołości niekrępowanej chłodnym rozsądkiem. Gdy zaś w śpiewie doszedł do wyrazów:
Aux armes, citoyens!39...
wpadł w taki zapał, że machnął parę razy laską nad głową życiodawcy.
Stary Adler nie przywykł do tego, aby nad nim machano kijem. Zerwał się z fotelu i groźnie patrząc na syna, krzyknął: