Fabrykant pilnie mu się przypatrywał, chcąc odgadnąć, kim jest i czego chce. Nie był to wcale kandydat na posadę fabryczną. Wyglądał raczej na bogatego panicza.
— Mam do pana ważny interes — rzekł gość.
— Może pan chcesz, ażebyśmy przeszli do mego domu? — spytał Adler, domyślając się, że z tak wzburzonym człowiekiem lepiej będzie nie rozmawiać przy urzędnikach: może ma jaką pretensję?
Gość zawahał się, ale wnet odparł:
— Ha!... To pójdźmy do domu... Ja już tam byłem...
— Pan mnie szukał?
— Tak... Bo... widzi pan, panie Adler, my... przywieźliśmy Ferdynanda...
Myśl o jakimkolwiek nieszczęściu była tak daleka od fabrykanta, że prawie wesoło spytał:
— Czy Ferdynand tak się spił na jarmarku, że go aż odwieźć było potrzeba?
— On jest ranny — odparł gość.