Adler, cały drżący, obezwładniony, usiadł przy nim i swoimi wielkimi rękoma otarł mu łzy i pianę z ust.
— Ferdynandzie! Ferdynandzie! — szeptał. — Uspokój się. Będziesz żył; ja oddam cały majątek.
Wtem uczuł, że syn cięży mu w objęciach i upada.
— Doktorze! Ocuć go, on mdleje!
— Panie Adler, wyjdź stąd! — rzekł doktor.
— Dlaczego mam wyjść? Ja nie mogę wyjść, kiedy syn potrzebuje mojej pomocy...
— Już nie potrzebuje — odparł cicho lekarz.
Adler patrzył na syna, trząsł go, szczypał. Na bandażu okrywającym piersi ukazała się duża plama krwi. Ferdynand był trupem.
Starca szał ogarnął. Zerwał się z szezlonga, kopnął nogą krzesło, potrącił lekarza i wybiegł na dziedziniec, potem na szosę.
Na szosie spotkał jednego z furmanów, którzy przywieźli bawełnę. Schwycił go za ramiona i krzyknął: