To powiedziawszy, wstała i, nie patrząc na Wilskiego, przeszła do innej grupy.
Innym razem, gdy rozwijał przed nią plan towarzystwa budowlanego, przerwała mu nagle, mówiąc:
— Czy pan z kobietami zawsze rozmawia tylko o inżynierii?
— To zależy — odparł — z niektórymi mówię o sztukach pięknych, co zresztą jest bardzo nudne.
— Ach, tak! — odpowiedziała. — Mów pan zresztą cokolwiek.
Przymknęła oczy, oparła głowę na fotelu i z wyrazem spokojnego zachwytu na twarzy słuchała o potrzebie asfaltowania fundamentów, o kranach wodociągowych i gazie w mieszkaniach, a nade wszystko o żelaznym belkowaniu.
Wilski był w dziwnej pozycji. Miał narzeczoną, którą kochał, i znał kobietę, do której ciągnęły go instynkty. Gdy rozmawiał z panią Welt, czuł, że mu w żyłach płynie coś na kształt roztopionego ołowiu; lecz wrażenie to nigdy nie trwało przez czas dłuższy.
Niekiedy, ośmielony jej spojrzeniami, postanawiał wspomnieć coś o miłości. Przy najlżejszej jednak wzmiance tego rodzaju, wzrok bankierowej stawał się chłodny, a na ustach rysował się wyraz pogardliwy i niechętny. Przechodził wówczas do kwestii obojętnych, i znowu wszystko było dobrze.
Z początku Wilski tracił głowę wobec tej zagadki, z czasem jednak oswoił się z nią i myślał:
„Jaka szkoda, że ta kobieta jest tak chłodna i myśli tylko o kwestiach finansowych. Gdyby nie to, ludzie wariowaliby z jej przyczyny, a najpierw sam mąż!...”