Kowalowa podniosła się i o kilkanaście kroków od płotu ujrzała na drodze zgrzybiałą starowinę z wysokim kijem w ręku. Baba dźwigała na plecach wypchaną płachtę, — a spod chusty wymykało jej się parę siwych kosmyków, trzęsących się wraz z głową.
— Komu tak, matulu, klniecie?... Grzybino!... — zawołała ze śmiechem Szarakowa.
Stara zwróciła się do niej.
— To wy, kowalowo?... — rzekła idąc do płotu. — Niech będzie pochwalony!... A ja właściwie też do was chciałam wstąpić od ojca i byłabym na śmierć zapomniała przez tego Judasza!...
Mówiąc to podniosła swój kij i potrząsnęła nim gniewnie.
— Cóż tam tatunio do mnie nakazał? — spytała prędko Szarakowa.
— Ano... plącze mi się przy nogach i nie tylko nie pomaga, ale jeszcze przeszkadza chodzić. Za to, żem go z gnoju wydobyła!...
— A co tatunio mówił przez was?... — powtórzyła niecierpliwie kowalowa. — Byliście we młynie dzisiaj?...
— Jużci, że byłam... Ligaj, podlec!... — gniewała się dalej baba rzucając kij na krawędź płotu. — Zamawiałam Sołtysiakowi frybrę, co go już drugi tydzień trzęsie, i wstąpiłam wczoraj po drodze do młyna.
— Tatunio zdrowi?...