— Oj! oj!... Kazał ino, żeby Małgosia przyjechała do niego jutro ze Staszkiem, a wasz29, żeby także na niedzielę był we młynie...
Babina, zapomniawszy widać o swym kiju, oparła się na płocie i mówiła dalej:
— Widzicie, tak: organista, ten niby wasz Zawada, kupuje grunt i chce od Stawińskiego, niby od tatunia waszego, pożyczyć pięćset złotych. Był we środę we młynie i prosił, ale Stawiński mu na to: „A po co ja wasanowi30 mam pożyczać pieniądze, kiedy wasan pokrzywdziłeś kowala i gniewasz się z nim?...”.
— Sprawiedliwie mu tatunio powiedział!... — wtrąciła Szarakowa.
— Więc organista na to: „Ja się z kowalem pogodzę i będę mu syna uczył”. A stary na to: „Więc się wasan pogódź!”. A on na to: „Kiej boję się pójść do kuźni, bo mnie potyra31. U was byłbym śmielszy, jeszcze bym nawet za to parę butelek miodu postawił, żeby się pogodzić...”.
— Wykrętacz! — przerwała kowalowa. — A dawne to czasy, kiedy gadał, co w Piśmie świętym stoi, że kowale i kominiarze od Kaina i od Chama pochodzą i że się rodzą na bratobójców?... Bodaj on sczezł32!...
— No, jeśli tak w Piśmie świętym stoi, to organista temu nie winien — zauważyła stara.
— Szczeka! — zawołała w uniesieniu Szarakowa. — My także wiemy, co gdzie stoi... Od Chama pochodzą chłopy, a mój przecie nie chłop, a od Kaina Turki, a mój przecie nie Turek. Nikogo nie zabił!...
Grzybina lubiła popisywać się wiadomościami wobec „potomków Chama”, tym razem jednak milczała dyskretnie, pamiętając, że ma do czynienia z osobą piśmienną, z kowalową, a do tego — córą młynarzy Stawińskich!
— Wstąpcie do chaty, odpocznijcie — rzekła nagle gościnna Szarakowa, patrząc na zmęczoną staruszkę.