Rzeczywiście, obrachowany efekt nie zawiódł go. Gdy bowiem, okrążając dziedziniec, znalazł się naprzeciw werendy, całe towarzystwo poczęło klaskać, wołać: brawo! — i manifestować różne inne oznaki zadowolenia.
Łoski ściągnął lejce jeszcze mocniej, koń wyrzucił łbem jeszcze zręczniej, biedka i przyczepiony do niej wózek z dzieckiem toczyły się jeszcze uroczyściej, a aplauzy widzów przybrały pozory szalonej wesołości. To już zdziwiło sędziego, tym bardziej gdy spostrzegł, że nawet stary jego sługa gryzie sobie wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem.
— Brawo!... brawo!... winszujemy!... cha!... cha!... — wołali mężczyźni.
Łoski wysiadł z biedki i osłupiał, widząc, że damy przybrały minki bardzo dwuznaczne, a jego żona, jasna blondynka, istny anioł dobroci, ma niewyraźny uśmiech na ustach i — bardzo wyraźne łzy w dużych, łagodnych oczach.
— Odprowadź konia do stajni! — rzekł na dobre zakłopotany sędzia do służącego.
— A z tym co zrobimy, jaśnie panie?... — zapytał stary frant, pokazując serwetą na wózek.
Łoski obejrzał się i struchlał, zobaczywszy przedmiot tak mało mający związku z jego stanowiskiem męża i stróża sprawiedliwości. Fatalna sprawa wikłała się jeszcze bardziej przez to, że państwo Łoscy nie mieli własnych dzieci.
— Winszujemy znaleźnego!... — wołali mężczyźni.
— A zróbcież mnie choć ławnikiem!... — krzyczał osiemdziesięcioletni eks-pułkownik, stary kawaler.
Damy tymczasem otoczyły wózek, na którym Staś obudził się i zaczął płakać.