— Zwariowałeś acan60, że tak pędzisz?... — zapytał rejent.
— Laudetur Jesus Christus61!... — odparł organista, dotykając biczyskiem czapki.
Burmistrz spostrzegł zapłakaną Szarakową i zbliżywszy się do bryczki uśmiechnięty jak zwykle:
— A co to? — rzekł — stało się jakie nieszczęście? Umarł kto?... Spaliło się co?...
— Jaki nieprzytomny człowiek! — ciągnął rejent swoje. — O mało że nie przejechał mnie i Jó... to jest prezydentowej.
— Synek mi zginął... Stasieczek mój! — zawołała kowalowa, znowu zalewając się łzami.
— Co to za jedna?... — spytała pani burmistrzowa.
— Zdaje się, że to będzie córka młynarza Stawińskiego — objaśnił rejent.
— A tak... Stawińszczanka, a teraz kowalowa. O, pomnóżcie mi go znaleźć, moiście wy państwo złote! — mówiła Szarakowa, trzęsąc się z płaczu na bryczce.
— Hi! hi! hi! — zaśmiał się burmistrz — ma też czego płakać!... Takaś młoda, da ci Pan Bóg jeszcze dziesięcioro!...