— André, soyez convenable62! — zgromiła go pani burmistrzowa, była wychowanka pensji wyższej w mieście gubernialnym.
— O ratujcież mnie, moi złoci państwo! — jęczała kowalowa i pochyliwszy się na bryczce, wyciągnęła ręce, jakby chcąc uścisnąć najprzód panią prezydentową, a następnie jej męża.
Ale pani prezydentowa, która ukończyła pensją63, z gestem oburzenia cofnęła się w tył, a niemniej obrażony mąż jej zawołał:
— Cóż, u diabła, za poufałość... Nie wiesz, kto jestem?...
— Jużci wiem, że pan wielmożny burmistrz. Pomóżże mi znaleźć mojego syneczka... Już nie wiem, od kiedy go nie widzę, nieszczęśliwa! Może gdzie wyleciał z wózka i jeszcze go kto rozjedzie!
— A cóż mię to obchodzi? — spytał burmistrz. — Idź sobie do strażnika!... Ona myśli, że ja będę za jej bębnem64 chodził!... Słyszałeś rejent?
Wyraz „bęben” obraził kowalową. Oczy jej obeschły, na twarz wybiegła krew.
— A od czegożeś pan burmistrz? — krzyknęła — może nie od tego, żebyś biednym ludziom pomoc dawał w nieszczęściu?... To mój Staszek bęben?... Paneś przecie taki sam był65, a i on może kiedy, jeżeli się znajdzie...
W tym miejscu płacz zatamował jej mowę.
— Niedoświadczona kobieta! — mruknął organista, widocznie myśląc o tym, że burmistrz z wyciągniętą ręką nie jest od tego, ażeby biednym ludziom dawał pomoc w nieszczęściu.