— Nie tłumaczę się przed takimi łachmytami! — odparł wyniośle organista, zabierając się do jazdy.

— Jedźmy już, jedźmy!... — błagała Szarakowa.

— Aj! waj! jaki wielki pan!... — krzyczał Żydek, chwytając lejce. — Panie organisto! ja panu coś powiem!... Może by pan przychodził do mnie co niedziela grać na katarynce?...

Otaczająca wózek gromada wybuchnęła śmiechem.

Dumny organista zbladł, ugodzony w najdrażliwszy punkt swojej ambicji, a w oczach błysnęła mu chęć zemsty. Podniósł się z kozła i wyprostowawszy swoją długą figurę, zawołał potężnym i uroczystym głosem:

— Lejbuś! Ja ciebie chrzczę... In nomine Patris...

— Aj! waj!... Dy łobuz! Dy świńskie uches! — zawołała gromada rozbiegając się po rynku.

Organista w tej chwili zaciął konia i bryczka umknęła wśród tumanów kurzawy, śmiechów i wymyślań gawiedzi.

Jechali dobrym kłusem z dziesięć minut. Co moment Szarakowa stawała i chwiejąc się na podskakującym wózku, patrzyła na drogę.

— Panie organisto!...