Wózek stanął.
— Hej! hej!... — zawołał organista, kiwając na kopacza.
Jeden z nich odłożył łopatę i szedł ku bryczce. W Szarakowej tętna biły jak młoty w kuźni i drżała tak, jak gdyby wózek jeszcze pędził, choć on stał.
— Pan wrócił do domu? — zapytał organista nadchodzącego kopacza.
— A jużci!
— A nie widzieliśta wózka za jego biedką?
— A jakże, widzieliśmy!
— I dziecko było tam?
— Musi że było, bo się cosik trzęsło we środku.
— Bóg wam zapłać.