— Jedźta69 z Bogiem!... To wasze?
— Nie moje... tej pani! — odparł organista, wskazując batem za siebie.
— Panie organisto... — odezwała się kowalowa.
— Czego?
— Puśćcie mnie z bryczki... ja pójdę piechotą, bo mi się widzi, że prędzej zajdę...
— At! nie barłożyłabyś pani... Wio, mały!
— O Jezu! Jezuniu!... czy choć ja go aby znajdę!... — szeptała kowalowa, klękając na ruchliwym dnie bryczki.
Koń pędził galopem.
Może o wiorstę ode dwora organista spostrzegł jakiś bury przedmiot prędko toczący się od jednego brzegu drogi do drugiego. Gdy podjechali bliżej, poznał psa, który ze spuszczoną ku ziemi głową biegł przed bryczką.
— Kurta!... — krzyknął organista. — Patrzaj pani, wasz Kurta tu jest!