Helenka mierzy ją — suknia jak ulana. Mimo to w sercu panienki budzi się wielki niepokój. Skąd tu wziąć pieniędzy, kiedy ojciec ani grosza już nie dołoży?...

A Zosia myśli sobie tymczasem: — „Jak to dobrze, żem całą noc siedziała! Dostanę za to pięć rubli, uspokoję trochę Żydów i sama kupię sobie co zjeść, bom głodna, jak nieboskie stworzenie!”

Helenka suknię przymierzyła, zdjęła, powiesiła, ale o zapłacie mówić nic nie śmie. Na domiar niedoli słychać na schodach kroki ojca i dzwonek w przedpokoju.

Okoliczność ta nasunęła Helence myśl fatalną, nie wahając się więc, rzekła prędko:

— Należność pani za robotę strącimy z komornego!...

Usłyszawszy te słowa, szwaczka stanęła jak piorunem rażona; jeżeli nie pobladła, to dlatego tylko, że skutkiem bezsenności i głodu była już blada, jak śmierć.

Tymczasem do przedpokoju wszedł pan Horacy w najgorszym humorze i krzyknął:

— Ten łotr znowu piasek wali do mojej piwnicy!... Sprocesuję, zrujnuję, zniszczę, jak Pana Boga kocham. Raz już muszę im pokazać, kto tu rządzi... raz już muszę się załatwić z tymi lokatorami, co mi życie zatruwają i komornego nie płacą!

Z tymi słowy starzec przebiegł przez pokój, nie patrząc ani na córkę, ani na szwaczkę, ani na suknię...

Przerażona i rozżalona Zosia szybko pobiegła do siebie, nie pożegnawszy się nawet z Helenką.