Trzeba było z szafy i komody powydobywać masę szczegółów, należących do toalety damskiej i uczesać włosy, na co przecież kilka godzin nie jest za dużo.
Czytelnicy mogliby mieć do nas słuszną pretensję, gdybyśmy nie dodali w tym miejscu, że Helence przy czesaniu pomagała pewna bardzo dojrzała panienka, i że z jej porady przyjaciółka nasza w przeddzień zwinęła sobie papiloty. Wszystkim wiadomo, że rozkręcanie i układanie loków należy do najprzyjemniejszych zajęć młodej osoby; lecz i ta rozkosz nie zdołała stłumić w sercu Helenki jakiegoś niewyraźnego a złowrogiego głosu, który przypominał jej ciągle, że wbrew słuszności i woli ojca, nie zapłaciła biednej szwaczce.
Około ósmej, Helenka była już w połowie ubrana. Ponieważ zaś ojciec chodził po pokoju z miną bardzo zasępioną i na pytania nie odpowiadał, nasza więc przyjaciółka udała się do garderoby, celem obejrzenia po raz setny pięknej swojej sukienki.
Wtem:
— O Boże! — krzyknęła biedna panienka i o mało nie rzuciła świecy na ziemię.
— Kto mi to zrobił! Kto mi to zrobił!?..
— To ja, Helciu! To ja!... — szepnął w tej chwili zapłakany Jaś, wychodząc z pod kanapy, a potem dodał łkając: — Już mnie teraz Helcia pewnie nigdy kochać nie będzie!
W głosie i twarzy chłopczyka było tyle głębokiego smutku, tyle żalu, tyle łez, że dobra siostra, na pół śmiejąc się, a na pół płacząc, schwyciła go na ręce, okryła pocałunkami i najserdeczniej starała się uspokoić.
Był to bardzo piękny widok miłości rodzinnej! Szkoda tylko, że jedynym jego świadkiem była biała balowa suknia Helenki, obficie oblana atramentem!
Tak jest, nie mylę się, niestety!... Mały Jaś, którego siostra uczyła stawiać kreski, znudzony tym, że dziś nikt się nim nie zajmuje, uciekł do garderoby z zamiarem pisania, i mimochodem splamił suknię swej ukochanej nauczycielki.