— Haniu!... a ja...
— Stańcie sobie ludzie kochani przy progu — zwróciła się do nas pani Wojciechowa, dama z czerwonym nosem i zapadłymi policzkami.
— A to jest, proszę państwa — mówił Wojciech do gości — to jest pan Władysław...
— Władysław Dratewka! — rekomendował się starannie uczesany młodzieniec, w jasnym żakiecie i palonych butach.
— Absztyfikant13 do mojej Zośki — dodał Wojciech.
Okrąglutka osoba, nazwana Zosią, zaczerwieniła się jak ćwikła. — Niech państwo będą łaskawe siadać — prosiła gospodyni.
Gdy starsi zajęli miejsca, a chmara dzieci przyczepiła się też do stołu, pan Wojciech zaczął:
— Pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary...
— No, mamuniu!... Stach wszystkie uszy z mego barszczu zabiera...
— Cicho, Franek, bo cię palnę!... Pobłogosław, Panie Boże...