— Wanda! nie pchaj się — wrzasnęło drugie dziecko.
Z wielkim trudem udało się panu Wojciechowi dokończyć zaczętą modlitwę, po poprzednim wytarganiu kilku czupryn. Poczęto jeść, dano i nam, dano też i psu kudłatemu, który ze zwieszonym ogonem a podniesionym uchem pilnie przypatrywał się stołowi.
— Jaka to szkoda — mówił świetny konkurent Władysław — że mnie majster wcześnie nie puścił.
— A bo co? — spytała panna Zofia.
— A bo bym pannie dopiero maku utarł... ech!...
— Panby nawet nie spotrafił.
— Mogiem żara szpróbować — odparł w każdej chwili gotowy do uprzejmych usług kawaler.
— Widzi mamunia, ten Stach...
— Cicho, wywłoki! — huknął gospodarz.
Przy końcu kolacji, którą oporządzono w sposób godny uwagi, pan Wojciech plunął na środek i zabrał głos: