Gałązka Wojciechowego rodu została ocalona, ku wielkiej uciesze pana „Władyszława”, który upewnił wszystkich, że: „gdyby Frankowi ość wlazła w grzdykę, to byłoby ausz...”

— Powiadam panu, że złe czasy, najlepiej miarkować15 po koniach — zaczął gospodarz na nowo. — Ze dwadzieścia lat temu wypadała mi na każde dziecko para koni, potem tylko jeden, a teraz panie para na troje. Bodaj mi oś pękła, jeżeli szczekam!

— A co to panu Wojciechowi za krzywda?

— Zawdy para na troje — mówiłem!

Po tych słowach zamyślił się, plunął aż za piec i zawołał:

— Basta, moja panno!

Uważając ten wykrzyknik za hasło do odejścia, trąciłem Wigilię. Ukłoniliśmy się gospodarzom, wzięliśmy jeszcze po trojaku i po kawałku strucli (którą w prywatnym lokalu moim można widzieć) i wyszliśmy, błogosławiąc domowi.

Gdy byliśmy już w końcu podwórza, doleciał nas basowy głos pana Wojciecha, który zaintonował:

„Panna porodziła maleńkie Dzieciątko,

W żłobie położyła małe Pacholątko...”