Z tymi słowy mężczyzna w kożuchu uderzył głową o niską futrynę i wszedł do izby.
Stare, wąskie, na żółto pomalowane i okrutnie pomiętoszone łóżko z Pociejowa, dzban bez ucha, lampa z przypalonym papierowym kloszem na okrągłym stoliku, wielkości dużego czworaka, nareszcie cały stos papierów i książek — oto umeblowanie izby, którą w dzień miało oświecać małe kwadratowe okienko, a teraz ogrzewa żelazny piecyk.
— Ehe he!... — zaczął stróż. — To pan niby całą odwieczerz nie wychodził z doma?
— Nie — odpowiedział krótko młody gospodarz.
— Jo tu... zeby tak z pozwoleniem łaski pański... bo tu przyniósłem... Je tu trocha grusek, a tu kapusta, a w kapuście płotka. Wsadziłem ją bestyje do góry ogonem, zeby świata nie widziała. Tyz i placek je...
Gospodarz chwilę pomyślał, i biorąc podawane efekta, wyszeptał:
— Dziękuję... Bóg wam zapłać... może kiedyś...
— I, co tom!... Ale gdzie jo tu łyżkę podzionem?... Tu nima i tu nima?... Ho! ho! dyć22 siedzi, siedzi za cholewą, ondzie...
Mizerny młodzieniec wziął łyżkę, usiadł na krawędzi pościeli i począł jeść żarłocznie.
— Taki tu ziąb, a pan chodzi bez nicego.