— To ja, sąsiad... (bodaj mnie roztratowali!...) Niech będzie pochwalony...

— Pan Wojciech! — zawołała kobieta. — Na wieki wieków...

— Podaj opłatki, Haniu — rzekł starzec, wyciągając ręce.

— Bo ja tu, z przeproszeniem, przyszedłem państwa prosić do nas na wilię. Stara, panie, Zosia i reszta (bodaj mi oś pękła na środku drogi) wszyscy hurmem proszą. Ot, co jest!

Przy tych słowach mówca plunął przez zęby.

— A panie Wojciechu, jakżebyśmy też śmieli panu robić subiekcję8?...

— Nic z tego (bodajem onosaciał9!) Nie odejdę bez państwa...

— Zawsze w domu... — mówiła nieśmiało kobieta.

— A cóż to w domu? czy tu państwa kto na kantarze10 trzyma (bodajem Żydom wodę woził!...), czy co?

Niepodobna11 było opierać się dłużej tak kordialnym12 prośbom; wziął więc starzec córkę pod rękę, wnuczkę za rękę, i wyszli.