nalała w mój kubek herbaty

i jakby wyrównała tą strużką

mój płytki, zmięty oddech. Zza domu dochodził łomot

rzucanych na ziemię

skrzyń z jedzeniem, padały paczki

papierów, banknotów, odzieży. Wyżwirowaną drogą

schodziłam ze wzgórza w dolinę ogrodu

idąc równolegle

z czerwonym stygnącym słońcem. Na dole

w sadzawce