wypełnionej napiętym, ciemnym kwadratem wody,

bez szmeru brodziła para. Kobieta i mężczyzna koło

sześćdziesiątki.

Nad nimi

słonawy opar budowli

wzniesionej

przez jeden

z ataków czasu. Pogryzając chleb

zeszłam na skarpę ogrodu. Na asfaltowej ścieżce

mój znajomy rysował portret