osacza mnie jak mech nagle wyrosły z powietrza. Bicyklu,

uciekajmy; stopa naciska pedał, solidny

ustępliwy opór, mój oddech,

twoje mruczenie dynama, podskakujące

nikłe światło lampki. Prędzej,

świat staje się zbyt jednolity, zewnętrzny i taki

przepastny. Pełen aluzji,

których treść tłucze się już w sercu i w żołądku.

W domu mój czarny pies nastawiwszy uszu

czeka w drzwiach między pokojem a gankiem,