zszywałabym sukienkę z lejącej się, pełnej ruchu żorżety

i dojechawszy — niekoniecznie równo — do końca szwu

spojrzałabym w okno: błękitna zatoka

między dachami i wypływające białe obłoki —

i czułabym

coś chętnego do zmiany,

do przepływania. Cokolwiek bym zresztą robiła

i tak bym wiedziała, że świat nie jest

nie

świat nie jest