Roześmiali się chórem.

— Niechże będzie własnością pułku.

— No, kiedy tak, to ja go umieszczę na liście chrześniaków — odezwał się, piszący coś na boku młody oficerek — Niech ma marraine’ę79.

— Brawo, Feliks!

— A to się ucieszy jakowaś niewiasta — no! — śmiał się, przypisując starannie i nie bez błędu na szykowanej liście chrześniaków pułku obce sobie sylaby mojego nazwiska.

Awantura!

W miasteczku, do którego skierowano nas na wypoczynek, zaczęło się wesołe, żołnierskie życie. Umieszczono mnie w oficerskiej menaży80, gdzie schodzili się wszyscy na posiłek, gawędę, gry.

Zapoznałem się tam z Anglikami i Amerykanami. Byłem ulubieńcem wszystkich — Do Francuzów moich zbliżyłem się jednak najwięcej.

Lubiłem, kiedy, otrzymawszy dobrą wieść z frontu, śpiewali chórem bohaterską Marsyliankę81. Albo kiedy, napełniwszy szklanki wesołym francuskim winem, wznosili toasty zwycięskiej Madelon:

Quand Madelon vient nous verser à boire...”82