Niedługo dręczy mnie wyrzut sumienia, że tylko z okna patrzę na drogą mi Sprawę.
Już padły nienawistne orły pruskie, czarne stróże niewoli.
Z ratusza wieje biało-amarantowa chorągiew.
Srebrny ptak wolności roztoczył skrzydła.
Zrasta się ziemia polska.
Jedziemy dalej.
Pochmurny ranek zimowy, ale we mnie słońce.
Podrywa mnie niecierpliwość z mego samolotu, co stoi na polu Mokotowskim, oczekując chwili.
Staś obchodzi aparat, bada, ogląda — O! może być zupełnie spokojny! Wszystko tętni w nas pragnieniem lotu i gorączką wiernej serdecznej służby.
Za chwilę mamy lecieć do odciętego Lwowa z dobrą wieścią o idących posiłkach.