Już odchodzą ku rojącym się ludźmi hangarom.

Ja i Staś, z jednakowym w obu uczuciem, patrzymy za nimi długo.

Czas na nas.

Motor zaczyna drgać, jak żywe serce, w terkocie śmig. Kółka obracają się chwilę po ziemi. Aparat sunie coraz prędzej, wreszcie wzbija się dumnie w powietrze.

Tamci obrócili się teraz ku nam raz jeszcze i patrzą.

Przed nami nieobjęty, chmurny przestwór zimowy i myśl oczekających we Lwowie kochanych.

Lecieliśmy wysoko, niedostrzegalni w chmurach, gorzej niż zimnym wiatrem targani niepokojem:

— Byle przetrwali!

Aparat wytężał siły i dyszał od napięcia energii, jak śmiertelnie spracowany człowiek. Pędziliśmy bez tchu. Przelecieliśmy szczęśliwie nad frontem. W dole kanonada, łuny... Minęliśmy.

Teraz pod nami miasto. Zniżamy lot. Badamy teren. Lądujemy.