Dostrzeżono nas od dawna. Na polu awiacyjnym otoczono nas od razu. Sczerniałe, przemęczone twarze, rozradowane w tej chwili naszym widokiem.

— Trzymają się resztą sił. Byle prędko posiłki!

Rozglądam się z rozczuleniem dokoła. Toż to Plac Wystawy! Stąd wyruszyłem niegdyś w życie.

Staś ma iść do komendy. Przedtem jednak odczepia z aparatu mnie i, zawiniętego w płaszcz, powierza żołnierzowi.

Drżę z niecierpliwości.

W komendzie zameldowany wchodzi natychmiast. Ja zostaję w poczekalni z żołnierzem.

Staram się, jak mogę, podmówić płaszcz, by rozluźnił się nieco dokoła mojej osoby. Korzystając z pierwszego ruchu, rozwija się jak na zawołanie.

W tejże chwili słyszę jakieś otwarcie drzwi i głos, dziwnie mi znany, mówiący:

— A cóż będzie z naszym odcinkiem? Bo jeżeli jutro...

Nie wytrzymałem. Wyślizguję się żołnierzowi z płaszcza na ziemię, piszcząc głośno w upadku.