Znajduję się wprost pod nogami mówiącego. Nie myliłem się: — mój ułan.

Krzyknął ze zdumienia:

— A ten skąd!

I już mnie podnosi, ogląda. Zwraca się do wytrzeszczającego oczy żołnierza:

— Skąd ten niedźwiedź?

— Melduję posłusznie, ta, ja to lotnikowi z Warszawy tobołek niósł. A tu...

— Lotnikowi z Warszawy! Gdzież on? — przerywa, nie słuchając dalej, mój ułan.

— Melduję posłusznie, ta, w komendzie.

— Dobrze.

Bierze mnie od żołnierza i obraca z rozczuleniem na wszystkie boki.