— Nie przeszkadzać!
To było wbrew wszystkim uświęconym w świecie rzeczy zwyczajom. — Cóż się dzieje?
Czekałem w zdumieniu.
Wreszcie z daleka na ulicy rozległ się krzyk. Krzyk, co nie ścichał, ale coraz bliższy rozrastał się, mnożył, przeciągał.
Natężyłem słuch. Wypatrzyłem oczy.
To pod oknami biegli już roznosiciele gazet z nadzwyczajnymi dodatkami pism.
Pędzili sznurem zziajani, ochrypli, jeden przez drugiego krzycząc miastu nieprawdopodobną wieść.
Pierwsze słowo obce, nieprzytomne wpadło do pokoju, obiło się o ściany, zakotłowało słoneczny kurz i wyleciało z krzykiem dalej — mącić miasto:
— Mobilizacja!
Ale w ślad za nim wkroczyło drugie — proste, groźne, a takie wielkie, że napełniło sobą pokój, zalało ulice, ogarnęło świat: