Pierwszy raz zrozumiałem, zrozumiałem naprawdę, do dna, że nad każdym z tych kochanych, szarych chłopców wisi to straszne, niepojęte coś — co ludzie nazywają śmiercią.
Było mi smutno, ale dobrze i dumnie. Wszystko rwało mi się ku nim. Mało nie wyskoczyłem z okna.
A pieśń szła szeroko, młoda, ufna:
„Patrz na tego Mannlichera20:
Każdy strzelec nie umiera!
Może uda się,
Ze powrócę zdrów
I zobaczę miasto Lwów!”
— Daj wam Boże! Daj wam Boże! — odpowiadałem z całego serca słowom pieśni.
— Daj wam Boże! — mówiły ze mną mury, mijanych przez siwe szeregi, kamienic.