Szyby okien wstrząsał co chwila cichutki, głęboki dreszcz: „Coś się dzieje”.
Miasto wyglądało jak niespokojne mrowisko. Tłumy spieszyły na dworzec z kuframi, pakunkami.
A tymczasem — druty telegraficzne za oknami zamilkły. Telefon przestał sam nas informować. Milczał. Wreszcie, spytany wprost, odpowiedział:
— Przepraszam. Nie funkcjonujemy. Dlaczego? — Racje strategiczne. Nie szerzymy popłochu. Halo. Żegnam.
Byłem wściekły na potentata. — Pęknij z racjami strategicznymi! — mruczałem.
Ale to nie wyjaśniało sytuacji.
Stare meble wzdychały. Broń na ścianie szczękała niecierpliwie. Figurki w serwantce23 mdlały. Wazon japoński pełen był najgorszych przeczuć.
Tak zaskoczył nas ranek 3 września głęboką niespodziewaną ciszą.
— Co to? Co to? — za tętniły w każdym z nas gorączkowe pytania.
Ale wszystko niegdyś kompetentne milczało. Telefon niepokoił się i pytał razem z nami: