Potem coś mu się widać przypomniało, bo westchnął, poklepał mnie i postawił na oknie.

— Nu! — zadecydował. — Tak ty już, Misza, pójdziesz dla mojego Miszki.

Nie! to były niegodziwe czasy!

Nie dość, że trzeba patrzeć, jak obcy ludzie gospodarzą po kochanych kątach, ale jeszcze w dodatku ta nieszczęśliwa obietnica.

— Niedoczekanie! — trząsłem się z pasji na samą myśl o Rosji i tym jakimś generalskim Miszce. I to miałbym ja, ja, polski, grunwaldzki niedźwiadek Hali i Stasia?! Niedoczekanie!

Trzeba było obmyślić plany kampanii. Chodziło o to, by obrzydzić tak pobyt przybyszom, żeby jak najprędzej rzucili wszystko i wrócili na swoje śmiecie. A ja się nie dam!

Trudno było dogadać się tylko z kimkolwiek. Wszystko było skwaszone i ponure, jak noc. Wreszcie doszło do zgody.

Za pomocą drutów, murów, bruków porozumieliśmy się z całym miastem. Uchwalono powszechny strajk przedmiotów, nie pierwszy zresztą w świecie rzeczy i pewnie nie ostatni.

Po nocy, źle spędzonej na materacu, wystawiającym przez prześcieradło wszystkie kłujące koniuszczki włosia, generał obudził się wściekły.

Szuka przygotowanych z wieczora pantofli pana Niedźwiedzkiego.