Rozmawiają. Ważne: podeszwy butów pana skrzypią uroczyście; wielkie guziki, opinające płaszcz pani, połyskują z godnością.

Wiem — idzie los. — Słucham.

— Więc sądzi pan, panie radco, że nie będzie zbytnią śmiałością z naszej strony prośba o zapewnienie naszym wyrobom miejsca w pawilonie przemysłu artystycznego na Grunwaldzkiej wystawie we Lwowie?

— Ależ, szanowna pani! Jestem tak zachwycony działalnością warsztatów kobiecych, że proszę o jak najszerszy udział ich w wystawie. Przecież wasze wyroby to skończone dzieła sztuki. Choćby ten Miś...

Tłusta, czerwona ręka ze złotym sygnetem4 na wskazującym palcu zdejmuje mnie ostrożnie z półki, maca, naciska...

— Hurra! — mruczy sprężynka. — Hurra — radco!

Czy zrozumiał? Oddaje mnie w ręce rozpromienionej pani. Uśmiecha się szeroko:

— I proszę, niechże to będzie pierwszy numer katalogu.

Pierwsza podróż. Wymarzona jak cud, a jakże smutna!

Trociny, bibułki. Tłum przygniecionych pajaców, kogutów, lalek. Ciasno, ciemno — skrzynia zabita szczelnie. Ruch i stukot — chwilami cisza. Żeby choć wiedzieć — dlaczego?