Deski są milczące i niechętne. Gwoździe wystawiły wprawdzie łebki nazewnątrz, ale też niewiele powiedzieć umieją. Podobno jedziemy.
Jak długo to trwa? Znów trzęsą nami, ciskają.
Nareszcie! Deski trzasnęły żałośnie, gwoździe zadźwięczały. Światło. Oderwano wieko. Wyjmują nas. Jesteśmy na wystawie.
Pawilon nasz jest jak namiot królewski. Jaskrawe kilimy5 śmieją się w słońcu. Rozstawiono nas rzędami na rzeźbionych półkach. Ja sam na honorowym miejscu, jako pierwszy, wedle życzenia radcy, numer katalogu.
Ludzie patrzą.
Więc tu przyjdzie po mnie jutro — los. Jak go poznam w tym barwnym, wciąż zmieniającym się tłumie? Jak wyglądać będzie? Jak przemówi? Ale przede wszystkim — czy przyjdzie.
Przyszedł.
Na imię mu było Hala. Miał siedem lat, okrągłą, różową buzię, niebieskie oczy i dwa płowe6 warkoczyki z czerwonymi kokardami. Spod krótkiej sukienki widać mu było smukłe, opalone nogi w sandałach.
I miał brata, dwunastoletniego harcerza Stasia, małego zucha, o zgrabnych ruchach i śmiałym spojrzeniu.
Tak wyglądał mój los.