— Co się dzieje? Co się dzieje? — podrywałem się co chwila.
Deski objaśniały cierpliwie.
Nagle — przestały mówić.
Usłyszałem gwałtowny huk, inny jakiś, bliski i trzaskający, potem krzyk, łoskot — i oto zaczęliśmy nagle trząść się i podskakiwać w ciemności.
Zorientowałem się natychmiast: Atak. Uciekamy.
Tak było.
Gnaliśmy widać pędem bez drogi, bo wstrząśnienia były coraz silniejsze. Chwialiśmy się z boku na bok, wylatywali w górę i opadali z powrotem.
— Przeważ! Przeważ na jeden bok, jak będziemy koło kamienia! — błagałem skrzynię. — Ale zmiłuj się — mierz dobrze!
Wymierzyła.
Rozległ się trzask, głośne przekleństwo Griszki, walnęliśmy o coś z całej siły — i spokój.