— Złam kurek! — życzyłem z głębi serca filozoficznemu sąsiadowi, tym szczerzej, że ten kurek ugniatał mnie w ciasnocie. — Niewieleś wymyślił. — Możesz spać.
Maszynka do kawy, przywieziona niegdyś z zagranicy, była neutralna i nie chciała wypowiedzieć swego zdania.
Serwetom brakło inicjatywy.
Na szczęście udało mi się wejść w porozumienie ze skrzynią: zacne, sosnowe deski rozumiały, o co chodzi, i pękały ze złości na samą myśl o wygnaniu. Gwoździe też były chętne.
— Damy sobie radę! — pocieszały mnie.
I na początek przyrzekły informować o wszystkim z zewnątrz.
Dowiedziałem się, że jechaliśmy długo koleją, a teraz jesteśmy na podwodzie41 w końcu szeregu wozów rosyjskiego taboru. Że powozi Griszka. Że musimy zbliżać się do frontu, bo słychać bezustanne strzały.
Istotnie. Nawet do moich zapatulonych uszu dobiegał już głęboki, miarowy huk.
Co za ironia losu! Ja, który tak marzyłem o przygodach, zbliżam się oto teraz do placu boju ściśnięty jak śledź w beczce i ciemny jak tabaka w rogu.
Zanudzałem skrzynię pytaniami.